Styczeń 1945 — Biały Marsz ze Stutthofu
Świt 25 stycznia 1945 roku w Polsce nie miał w sobie nic z nadziei, którą zwiastuje zwykle nowy dzień. Niebo zawisło nisko, ciężkie od śniegu i od ciszy, która przypominała zatrzymany oddech świata. W obozie koncentracyjnym Stutthof panowała napięta, nieludzka atmosfera, jakby fundamenty tego miejsca – zbudowanego z bólu, głodu i lęku – wyczuwały nadchodzącą katastrofę. Wydawało się, że nawet psy strażników szczekają inaczej, bardziej nerwowo, jakby przeczuwały rychły wybuch chaosu.
Wtedy ogłoszono ewakuację. Dla więźniów to słowo brzmiało jak wyrok. Wiedzieli, że w warunkach zimy 1945 roku marsz śmierci jest czymś więcej niż groźbą – jest niemal pewnością. W obozie krążyły plotki o zbliżającej się Armii Czerwonej, o wycofywaniu się oddziałów SS, o rozkazach „likwidacji dowodów”. A więźniowie – zmęczeni, zagłodzeni, półumarli – mieli stać się tymi „dowodami”.
Czarna linia strażników rozstąpiła się, aby wpuścić kolumny kobiet, mężczyzn i dzieci. Śnieg był wysoki, gęsty, lepki, jakby sam stawiał opór wobec brutalności nadchodzącego marszu. Matki niosły dzieci, które ważyły mniej niż cienie. Na ich twarzach malowała się sinica, w ustach zamarzał oddech, a niskie temperatury przenikały przez cienkie ubrania obozowe jak nóż. Obok nich szli mężczyźni – skrajnie wycieńczeni, z oczami wpatrzonymi w przestrzeń, jakby strach przestał mieć dla nich wymiar emocji, a stał się jedynie suchym faktem.
Sygnał do wymarszu był prosty i brutalny. Krzyk. Krótki gwizd. Uderzenie kolby w plecy kogoś, kto ruszył sekundę za wolno. W tym momencie rozpoczęła się droga, która na zawsze zapisała się w historii Polski i historii Holocaustu jako jedna z najbardziej dramatycznych.
Śnieg oślepiał. Wiatr wciskał się do kości, a psy strażników – te wyszkolone, agresywne zwierzęta – krążyły wzdłuż kolumny, gotowe rzucić się na każdego, kto się potknie. Ich szczekanie raniło uszy. Dla wielu więźniów brzmiało jak zapowiedź końca.
Na samym początku marszu upadł starszy Żyd z Wilna. Strażnik nawet nie podszedł bliżej – tylko skinął głową, a pies ruszył pierwszy. Więźniowie odwracali wzrok. W obozie nauczyli się milczenia, ale tu, na drodze zasypanej śniegiem, milczenie miało inny ciężar. Miało w sobie coś z niewypowiedzianej żałoby.
Kobiety, które niosły dzieci, szeptały do nich słowa, których same nie rozumiały, jakby chciały, żeby chociaż umierały przy dźwięku czułego głosu. Niektóre z nich zrywały materiał z własnych ubrań, żeby owinąć małe ciała. Czasem robiły to również z ciał martwych – w geście desperacji, który nie miał w sobie nic z braku szacunku, a jedynie z heroicznego instynktu matki.
W kolumnie szła Helena D., późniejsza autorka jednego z najważniejszych świadectw ewakuacji Stutthofu. Zrobiła w pamięci tysiące kroków. Każdy z nich był walką z własnym ciałem, które coraz bardziej odmawiało posłuszeństwa. Jej stopy krwawiły. Czuła, jak skóra pęka od mrozu. W swojej relacji napisała później słowa, które przeszły do historii:
„Przeszliśmy przez biały świat ciszy, ale każdy krok był krzykiem.”
To nie była metafora. To było dosłowne doświadczenie ludzi, którzy przez całe życie będą pamiętać skrzypienie śniegu zmieszanego z ciałami tych, którzy padali po drodze.
Kolumna wydawała się nie mieć końca. Ludzie poruszali się niczym powolna, umierająca rzeka, której nurt wyznaczali strażnicy. Na poboczu pozostawały bezwładne sylwetki. Nikt ich nie liczył. Nikt im nie pomagał. Ciała zamarzały tam, gdzie upadły – w pozycjach przypominających sen, choć nie był to żaden sen, a jedynie chwilowy powrót do spokoju, który życie w obozie im odebrało.
Marsz śmierci ze Stutthofu stał się jednym z najokrutniejszych epizodów końcówki II wojny światowej. Dla nazistów ewakuacja była próbą ukrycia zbrodni. Dla więźniów była wyrokiem wykonywanym na oczach świata pogrążonego w chaosie. Dla historii – jednym z tych wydarzeń, które nie pozwalają zapomnieć o piekle, jakie stworzyła ideologia nienawiści.
Helena pamiętała szczególnie jedną scenę. Obok niej szła kobieta, która niosła na rękach chłopczyka. Dziecko nie płakało. Nie poruszało się. Kobieta robiła kolejny krok, i kolejny, i kolejny, jakby nie chciała dopuścić do siebie prawdy. Kiedy w końcu strażnik ją zatrzymał i wyrwał ciało dziecka z jej ramion, kobieta rzuciła się na kolana, ale nie z rozpaczy – z wycieńczenia. Jej siły skończyły się dokładnie w tej samej sekundzie, gdy skończyło się życie jej syna. Została na śniegu obok niego. Nie doczekała kolejnego kroku.
Takich scen były setki.
Mijali wsie, w których mieszkańcy patrzyli przez okna – jedni z przerażeniem, inni z obojętnością, jeszcze inni z niepokojem, bo za każdym razem widok marszu śmierci przypominał, że wojna zbliża się do końca, ale jej ostatnie drgawki były najokrutniejsze. Niektórzy wyrzucali z okien bochenki chleba lub ziemniaki – gesty człowieczeństwa, które mogły kosztować życie, gdyby zostali przyłapani. Strażnicy reagowali brutalnie. Nieraz więzień ginął tylko dlatego, że pochylił się, by chwycić kromkę.
W pewnym momencie, gdy mróz był najmocniejszy, a wiatr osiągał prędkość, która sprawiała, że twarze więźniów krwawiły, zaczęło się otępienie. Ludzie tracili przytomność na stojąco, przewracali się jak figurki. Ich ciała były tak lekkie, że śnieg niemal nie przyjmował śladu po upadku. To było jak taniec śmierci – rytmiczny, powolny, nieunikniony.
W dziennikach sporządzonych po wojnie zapisano statystyki: z kilku tysięcy więźniów wyprowadzonych ze Stutthofu w mroźny styczeń 1945 roku do punktów docelowych dotarła mniej niż połowa. Reszta została po drodze – zamarznięta, zastrzelona, zagryziona przez psy, lub po prostu zbyt wycieńczona, by walczyć z mrozem.
Śnieg stopniał dopiero kilka tygodni później. Ujawnił ślady ludzkich tragedii: ubrania, buty, kości, przedmioty osobiste. Każdy z nich był niemym świadkiem losu, którego nie da się opisać liczbą ani statystyką.
Helena D. przeżyła marsz. Jej wspomnienia stały się jednym z fundamentalnych świadectw opisujących ewakuację Stutthofu. Przez wiele lat nie potrafiła mówić o tym, co widziała. Kiedy wreszcie zabrała głos, zrobiła to nie po to, aby opowiedzieć o sobie, ale aby nazwać rzeczy po imieniu: to, co spotkało więźniów Stutthofu w styczniu 1945 roku, było jedną z najbardziej dramatycznych zbrodni końca II wojny światowej. Cierpienie ludzi nie miało tam narodowości. Polacy, Żydzi, Litwini, Rosjanie – wszyscy szli tą samą drogą przez śnieżną pustkę, łącząc ich w jeden wspólny los: los ofiar nazistowskiego terroru.
W jednym z ostatnich wywiadów Helena powiedziała:
„Śnieg był biały. Ale pamięć o nim jest czarna.”
To zdanie stało się symbolem tamtego marszu i jednym z najczęściej cytowanych w opracowaniach historycznych dotyczących obozu Stutthof.
Dzisiaj, kiedy patrzymy na archiwalne zdjęcia ewakuacji Stutthofu – kobiety niosące dzieci, strażników z psami, bezkres śniegu – widzimy nie tylko obraz przeszłości. Widzimy ostrzeżenie. Widzimy echo tragedii, która wydarzyła się naprawdę i której skutki odczuwamy do dziś.
Bo historia Stutthofu nie jest tylko historią obozu. Jest historią ludzi. Tych, którzy zginęli. Tych, którzy przetrwali. Tych, którzy pamiętają.
I tych, którzy muszą pamiętać.
Uwaga: Część treści została wygenerowana przy pomocy narzędzi AI (ChatGPT) i edytowana przez autora w celu zapewnienia kreatywności i przydatności do celów ilustracji historycznych.







