„Zostawią nas na mróz” – niemieckie jeńczynie niesione przez żołnierzy amerykańskich w czasie burzy śnieżnej. P
„Zostawią nas na mróz” – niemieckie jeńczynie niesione przez żołnierzy amerykańskich w czasie burzy śnieżnej
3 lutego 1945 roku. Wzgórza Eiffla, zachodnie Niemcy. Samotna droga wije się przez głęboki śnieg, mijając spalone farmy i martwe drzewa. Amerykańskie ciężarówki warczą na niskim biegu, łańcuchy szurają po lodzie, a reflektory świecą słabo w narastającej białej ścianie burzy.
Pod jednym zrujnowanym budynkiem, w ciemnej piwnicy, tłoczy się 12 niemieckich więźniarek. Amerykanie z pewnością odjadą i pozwolą zamieci dokończyć to, co wojna zaczęła. Całe ich szkolenie mówi to samo. Jeśli wróg cię pojmie, spodziewaj się głodu, wstydu i braku litości, zwłaszcza jeśli jesteś kobietą w niemieckim mundurze. Ale gdy burza się zbliża, kobiety czują, jak chwytają je ręce – nie po to, by uderzyć czy popchnąć, ale by unieść je na amerykańskie ramiona i nieść kilometrami przez morderczy mróz.
Dlaczego ludzie, którzy stracili przyjaciół w niemieckich działach, ryzykowaliby własne życie, by ratować tych, z którymi mieli walczyć? To nie scenariusz filmowy. To wydarzyło się pewnej zapomnianej nocy, na jednej zamarzniętej drodze. I na zawsze zmieniło znaczenie wroga dla tych, którzy tam byli.
Jeśli chcesz wiedzieć, jak ten wybór w Blizzard zmienił ich życie, obejrzyj do końca i polub, zasubskrybuj i wesprzyj kanał, abyśmy mogli odkrywać ukryte historie z II wojny światowej, takie jak ta. Zima 1944-45 była najzimniejszą, jaką wielu żołnierzy kiedykolwiek znało. Na wzgórzach Eiffla, na zachodniej granicy Niemiec, śnieg zalegał ciężkimi zaspami wzdłuż wyboistych dróg. Wiatr przedzierał się przez podarte płaszcze niczym nóż.
Nawet bez kul, mężczyźni i kobiety zamierali we śnie. Wielki niemiecki atak w Ardenach, bitwa o Ardeny, zakończył się porażką. W grudniu i styczniu zginęło ponad 19 000 amerykańskich żołnierzy, spychając Niemców do defensywy. Teraz, na początku lutego, jednostki amerykańskie ponownie, krok po kroku, posuwały się w kierunku Rine. Z każdą przebytą milą saperzy układali około 500 jardów drutu kolczastego i usuwali tony gruzu, zamieniając zrujnowane wioski w linie zaopatrzeniowe. Za rozpadającym się frontem niemieckim panował chaos.
Pociągi nie kursowały już punktualnie. Zamówienia docierały z opóźnieniem lub wcale. Wśród maruderów na drogach znajdowały się kobiety z oddziałów wsparcia Vemach, sygnalistki, pomocnice, urzędniczki, pielęgniarki. Wiele z nich miało ledwie po 20 lat. Niektóre dołączyły do niemieckiej kobiecej formacji pomocniczej Helerinan, myśląc, że będą odbierać telefony i pisać listy w bezpiecznych miastach.
Zamiast tego, wojna zepchnęła je na front. Jedna grupa, w sumie 12 kobiet, maszerowała przez błoto pośniegowe w pobliżu małego miasteczka, które Amerykanie nazywali Hildorf. Niosły płócienne plecaki i jedną małą torbę medyczną. Ich buty były cienkie, a szare mundury przemoczone do szwów.
Śnieg przyklejał się do ich wełnianych spódnic i luźnych włosów, które zwisały spod polowych czapek. Wiele im powiedziano o wrogu. Na zajęciach i w głośnych przemówieniach radiowych nazistowscy instruktorzy powtarzali, że jeśli Amerykanie kiedykolwiek pojmą Niemki, to je upokorzą, zagłodzą, a może nawet zrobią coś gorszego. Ostrzegano je, że kapitulacja to nie tylko tchórzostwo, to rodzaj śmierci duszy. Jednak wojna wokół nich nie dorównywała tym opowieściom.
Widzieli niemieckich oficerów przejeżdżających ciężarówkami, podczas gdy oni szli pieszo. Słyszeli, że w ciągu ostatniego miesiąca ponad 100 000 niemieckich żołnierzy dostało się do niewoli na samym zachodzie. Niektórzy zostali zaprowadzeni na tyły bez rozstrzelania, co nie było zgodne z obietnicami propagandowymi. Jedna z kobiet, Anna, trzymała w płaszczu mały notesik.

Lata później jej syn przeczytał jej słowa na głos historykowi. „Bardziej baliśmy się wtedy zimna niż wroga” – napisała. Śnieg nie dbał o to, czy jesteś Niemcem, czy Amerykaninem. I tak brał słabych. Zimno było wszędzie. Oddech wydobywał się białymi obłokami. Wnętrze damskich rękawiczek pozostawało wilgotne.
Kiedy znaleźli na wpół spaloną szopę, odłamywali osmalone deski i próbowali rozpalić ogień. Drewno syczało i syczało. Dym szczypał ich w oczy i oblepiał włosy. Przez kilka minut czuli żar na twarzach. Potem wiatr zabrał i to. Paradoks był prosty i okrutny. Nosili mundury reżimu, który mówił o wielkości i zwycięstwie. A jednak byli głodni, zmarznięci i samotni.
Trzecia Rzesza wciąż wypełniała fale radiowe opowieściami o tajnej broni i ostatecznym triumfie. Na ziemi 12 kobiet szło zrujnowaną ulicą, wymieniając się kromką chleba, która miała wystarczyć na dwa dni. Nad głowami amerykańskie samoloty leciały na wschód.
W styczniu 1945 roku alianckie bombowce zrzuciły na Niemcy ponad 40 000 ton bomb w ciągu jednego miesiąca. Kobiety słyszały odległy grzmot, ale nie widziały bombowców przez niskie chmury. Widziały jedynie skutki. Zniszczone mosty, dymiące tory kolejowe i wioski, w których więcej murów zniknęło niż stanęło. W nocy dźwięki się zmieniały. Na niebie nie było już silników, tylko odległy huk artylerii i bliższy szelest zamarzniętych drzew.
Czasami rozlegał się ostry trzask, gdy ciężka od lodu gałąź pękała i spadała. W ciemnościach brzmiało to jak wystrzał z karabinu, a kobiety drgnęły. Pewnej nocy, stłoczone w piwnicy na wpół zrujnowanej szkoły, wsłuchiwały się w wiatr na zewnątrz i swoje oddechy. W powietrzu unosił się zapach wilgotnego tynku, spalonego drewna i niemytych ciał.
Mieli jeden mały piecyk i tylko trochę węgla. Kłócili się cicho, czy podtrzymywać ogień, czy oszczędzać paliwo na następny dzień. W końcu pozwolili mu się wypalić. „Sen, kiedy już nadszedł, był płytki i pełen złych snów. Powiedziano nam, że nigdy nie wolno nam wpaść w ręce wroga” – napisała Anna.
„Ale tam, w tej piwnicy, zacząłem myśleć, że wróg nie mógł być gorszy od tego. Za miastem zbliżały się amerykańskie patrole, przemieszczając się od farmy do farmy, od domu do domu, licząc więźniów i sprawdzając sprzedawców pod kątem ukrytej broni. Mieli w kieszeniach prognozy pogody: temperatura spadała, zbliżał się śnieg, a zamieć miała nadejść w ciągu 24 godzin. Drogi wkrótce miały stać się śmiertelnie niebezpieczne.
Drogi drżących z zimna Niemek i zmęczonych amerykańskich żołnierzy miały się właśnie skrzyżować, gdy nad Wzgórzami Eiffla przetoczyła się najgorsza burza miesiąca. O świcie Amerykanie wkroczyli do Hildorfu. Ich buty dzwoniły na popękanym bruku. Czołgi i ciężarówki warczały między na wpół zrujnowanymi domami.
W powietrzu unosił się zapach oleju napędowego, dymu i mokrego kamienia. Pluton strzelców z pułku piechoty posuwał się przed pojazdami, sprawdzając drzwi i piwnice. W tym sektorze amerykańska Pierwsza Armia wzięła ponad 10 000 jeńców w ciągu ostatnich dwóch tygodni. Większość poddała się bez walki, niektórzy wciąż ukrywali się i strzelali z okien. Sierżant Tom Miller poprowadził jeden oddział w kierunku starej szkoły. Szkło chrzęściło mu pod butami.
Tablica stała oparta o popękaną ścianę, pył kredowy zmieszany z tynkiem. Gdzieś w dole usłyszał ciche kaszlnięcie. Dał znak, żeby zachowali ciszę. Mężczyźni się zatrzymali. Ciszę przerwał jedynie odległy tykanie silnika i cichy szum padającego śniegu. Miller otworzył drzwi piwnicy.
Fala zimnego, wilgotnego powietrza uderzyła go w twarz, niosąc ze sobą zapach dymu węglowego i niemytych ciał. Latarki przecinały ciemność. Dwanaście bladych twarzy zwróciło się w stronę światła. Kobiety, chude i siwe ze zmęczenia, mrugały i próbowały wstać. Niektóre uniosły ręce naraz. Jedna przycisnęła opaskę Czerwonego Krzyża do piersi jak tarczę. Przez sekundę obie strony po prostu się gapiły. Amerykanie spodziewali się może snajpera albo tylnej straży.
Kobiety spodziewały się mężczyzn o twardych twarzach i twardych dłoniach. Zamiast tego nastąpiła chwila wspólnego zaskoczenia. Jedna z kobiet próbowała przemówić. Ale pani insanitariuszka powiedziała, że to medycy. Jej głos się załamał. Inna Anna napisała później: „Myślałam, że to koniec. Teraz zrobią wszystko, przed czym nas ostrzegano.
Miller nie rozumiał niemieckiego, ale nie widział żadnej broni, tylko strach i cienkie płaszcze. „To oddziały pomocnicze” – powiedział kapral Diaz, sanitariusz, wskazując na opaskę. „Są na wpół zamarznięci”. Jego oddech parował w świetle latarki. „Na zewnątrz wiatr się wzmagał, wpychając śnieg przez wybite okna w cienkie białe firanki.
W stanowisku dowodzenia dwie ulice dalej radio kompanii trzeszczało od nowych rozkazów. Głos oficera sztabowego brzmiał płasko i natarczywie. Wycofać się na grzbiet przed zapadnięciem zmroku. Nadciągała zamieć. Żadnych opóźnień, żadnych zabłąkanych patroli. Raport pogodowy z dywizji jasno to mówił. Temperatura spadnie poniżej -15°C.
Porywy wiatru mogły osiągać prędkość 60 km/h. W takich warunkach odsłonięta skóra zamarzała w ciągu kilku minut. Ciężarówki stały w miejscu, broń pokrywała się lodem. Tylko w styczniu ponad 500 amerykańskich żołnierzy w Europie poniosło straty z powodu mrozów. Teraz ludzie Millera otrzymali rozkaz szybkiego marszu. Droga na wschód wkrótce miała zostać zablokowana przez śnieg i wraki.
Ich ciężarówki stały już pełne ludzi i zapasów. Nie było wolnego miejsca, przynajmniej na papierze. W piwnicy kobiety obserwowały, jak Amerykanie rozmawiają przez radio. Usłyszały tylko kilka słów. Więźniarki, 12 kobiet, szturm. Ale ton był jasny. Czasu było mało. Jeden z szeregowych mruknął: „Możemy ich zaprowadzić na skrzyżowanie i zostawić z następnym oddziałem”. Inny milczał, wpatrując się w stopy kobiet.
Trzech z nich miało tak zniszczone buty, że bose palce wystawały przez dziury, fioletowe od zimna. Anna napisała: „Czekałam, aż zdecydują, które z nas może iść, a które zostanie. W końcu byliśmy żołnierzami wroga, nawet jeśli nie czuliśmy się jak żołnierze. Oto ostry kontrast na mapie.
Te 12 kobiet to tylko numery, które należało przenieść z jednej kolumny raportów do drugiej. W piwnicy drżały z zimna, kaszlały i ocierały dym z oczu. Machina wojenna widziała statystyki. Mężczyźni widzieli istoty ludzkie. Porucznik Harris, dowódca plutonu, zszedł po schodach, schylając się pod złamaną belką. Płatki śniegu wirowały za nim. Poczuł chłód niczym dłoń na karku.
Musimy opuścić to miasto i się wycofać, powiedział Millerowi. Ciężarówki są zatłoczone. Drogi zamieniają się w lód. Miller spojrzał ze swojego oficera na kobiety. Panie, niektóre z nich nie potrafią przejść mili, a co dopiero pięciu, powiedział cicho. Diaz skinął głową. Nie wytrzymają tam godziny, dodał medyk. Później Harris powie to dziennikarzowi. Odpowiedź z książki była prosta. Ruszać dalej.
Niech straż tylna się nimi zajmie, ale kiedy zobaczysz ich twarze, sprawa przestaje być prosta. Wyprowadzali kobiety z piwnicy jedną po drugiej. Szare niebo wisiało nisko nad wioską. Śnieg kłuł w policzki i rzęsy. Silniki pracowały na biegu jałowym, wzbijając w powietrze kłęby spalin, które pachniały oleiście i gorzko, ale obiecywały ruch i ciepło.
Kilka kobiet mogło chodzić, utykając, utrzymując równowagę na rękach. Inne ledwo stały na nogach. Jedna upadła, gdy tylko dotarła do ulicy, a nogi ugięły się pod nią. Diaz sprawdził jej puls palcami w rękawiczkach, wyczuwając powolne, słabe bicie. Nad nimi zbierały się białe chmury, gęstniejące z każdą minutą. Pierwsze prawdziwe podmuchy nadchodzącej burzy smagały zarówno mężczyzn, jak i kobiety, sprawiając, że się zataczali.
Gdzieś za liniami frontu oficerowie liczyli mile i godziny. Tu, na skraju Hildorfu, niewielka grupa żołnierzy musiała zdecydować, co te liczby oznaczają dla życia, które mieli przed sobą. Burza zbliżała się, a wraz z nią pojawił się wybór między posłuszeństwem rozkazom a sumieniem.
Śnieg gęstniał nad Hillorf, gdy mężczyźni i kobiety czekali na skraju wioski. Silniki pracowały na biegu jałowym, metal tykał, stygnąc. Powietrze było ostre od spalin, zimnego żelaza i lekkiego zapachu spalonego drewna unoszącego się ze zrujnowanych domów. Porucznik Harris stał przy wozie na czele, przyciskając słuchawkę radiową do ucha. Głos z batalionu powtórzył tę samą wiadomość. Wycofać się na grzbiet przed zmrokiem. Żadnych opóźnień.
Linia musiała się przesunąć. Artyleria i paliwo były już obliczone dla następnej pozycji. Mila po mili. Każda ciężarówka o wadze dwóch ton była załadowana. Przepisy stanowiły, że ciężarówka mogła przewieźć około 25 w pełni wyposażonych żołnierzy. Dziś większość przewoziła ich bliżej 30, plus skrzynie z amunicją i kanister z paliwem.
W podręczniku nie było wzmianki o dodaniu tuzina na wpół zamarzniętych kobiet wroga. Sierżant Miller i sanitariusz Diaz powoli szli wzdłuż szeregu więźniów. Śnieg skrzypiał im pod butami. Sprawdzili dłonie i twarze pod kątem białych, odmrożonych plam. Spośród 12 Niemek uznali, że cztery są całkowicie niezdolne do chodzenia. Trzy kolejne mogły ustać tylko z pomocą. Diaz zdjął jedną rękawiczkę i dotknął bosej stopy w miejscu, gdzie pękła podeszwa buta.
Skóra była jak zimny wosk. „Nie zrobi kilometra” – powiedział cicho. „Nie w tym”. Szeregowy stojący nieopodal przesunął karabin. „Nie damy rady ich wszystkich unieść” – mruknął. „Nie zmieścimy ich nawet w ciężarówkach, rozkazy mówią: ruszać, sierżancie”. W tym tkwiło sedno problemu. Na papierze wojna wyglądała schludnie. Strzałki na mapach, bloki liczb, plany napisane czystym atramentem.
W rzeczywistości wyglądało to tak: drżące kobiety z sinymi ustami i zmęczeni mężczyźni próbujący dostosować rozkazy do sumienia, podczas gdy lodowaty wiatr usiłował zepchnąć wszystkich z drogi. Później Harris powiedział historykowi wojskowemu: „Prawna odpowiedź była prosta.
Zostawcie ich w domu, zgłoście ich lokalizację, niech tylne jednostki ich zgarną, jeśli będą mogły, ale kiedy na nich spojrzałam, wiedziałam, że tylne jednostki nie zdążą przedrzeć się przez tę burzę na czas”. Anna zauważyła twarze mężczyzn, gdy mówili. „Kłócili się między sobą” – napisała. Jeden wskazał na nasze stopy i pokręcił głową. Inny spojrzał w niebo. Nie rozumiałam słów, ale rozumiałam, że nasze życie jest ważone. Paradoks głęboko mnie dotknął.
Te kobiety nosiły mundur stanu, który szczycił się twardością i poświęceniem. Teraz, w śniegu, to wróg musiał zdecydować, ile warte jest ich życie. Harris wezwał swoich sierżantów. Płatki śniegu przylgnęły do jego brwi. Oddech miał krótki, biały. Batalion chce, żebyśmy byli na tym grzbiecie przed nocą, powiedział. Ciężarówki mogą zabrać tych pieszych. To może pięć.
Pozostaje siedmiu, którzy nie dadzą rady z marszem. Miller spojrzał na nich. „Proszę pana, jeśli ich zostawimy i burza uderzy, jak to mówią, to koniec” – odpowiedział. „W tym tygodniu wzięliśmy już ponad 200 jeńców. Nie zamierzam wybierać, kto ma zamarznąć”. Przez chwilę nikt się nie odzywał. Wiatr świszczał w nagich gałęziach nad drogą. Z wnętrza dobiegał dźwięk jednej ciężarówki.
Radio grało cichą, swingową melodię, cichą i dziwną w zimowym powietrzu. Moglibyśmy zostać z nimi, zasugerował Diaz. Mała grupa, maszerować pieszo, znieść najgorszych z drogi, jeśli będziemy musieli ich dogonić jutro. Harris szybko policzył w pamięci. Powstrzymanie oddziału oznaczało mniej karabinów na następnej linii. Oznaczało ludzi, których znał z imienia.
Miller, Diaz, Jenkins i O’Reilly byliby na widoku, gdy nadeszłaby burza. To było ryzyko, jasne i proste. Ale istniało też inne ryzyko, takie, którego nie było w raporcie. Gdyby teraz odeszli, zapamiętaliby te twarze do końca życia. Nie chciałem kiedyś tłumaczyć wnukom, że zostawiłem dziewczynki w rowie, bo pogoda była zła, powiedział po latach.
Wojna jest okropna, ale nie usprawiedliwia wszystkiego. W końcu przemówił. Nie porzucimy ich, powiedział. Ciężarówki zabiorą tych, którzy mogą iść, plus kilka lżejszych przypadków. Miller, ty weźmiesz oddział i resztę więźniów. Będziesz maszerował za kolumną. Jeśli nie będą mogli iść, ty ich poniesiesz.
Szeregowy wykrzyknął: „Panie, te sześć, siedem mil w tym miejscu będzie pokryte lodem do zmroku”. Harris spojrzał mu w oczy. „Więc poruszajcie się szybciej” – powiedział, choć wiedział, że nie dadzą rady. „Ciszej” – dodał. „Nikt nie umiera w rowie. Nie na mojej warcie. To rozkaz”. Anna przypomniała sobie, jak jeden Amerykanin podszedł bliżej i naśladował podnoszenie czegoś na plecach.
Wskazał na mnie, potem na swoje ramiona, napisała. Dopiero wtedy zrozumiałem. Nie zostawią nas. Nawet ci najsłabsi. Decyzja rozeszła się echem po całej linii. Mężczyźni poluzowali plecaki, zmienili sprzęt, zerknęli na kobiety, które wkrótce mieli nieść. Ciężarówki zaczęły się toczyć, łańcuchy brzęczały na lodzie, tylne światła świeciły na czerwono przez pierwsze grube zasłony śniegu.
Na tyłach mała grupa Millera i siedmiu najsłabszych więźniów zeszło z drogi na białe pola, gdzie nie było żadnego schronienia między Hildorfem a odległym grzbietem, tylko wiatr, zamiecie śnieżne i długi, ciężki marsz. Potem nadciągnęła burza, a rozmowy ustąpiły miejsca działaniu. Burza nadciągnęła szybko. W jednej chwili mała grupa Millera wciąż widziała czerwoną poświatę świateł ciężarówek przed sobą. W następnej świat pobielał.
Śnieg wiał bokami, gęsty jak dym. Droga, rowy, pola. Wszystko zniknęło pod ruchomą kurtyną lodu. Przywiązali linę do pasa każdego. Amerykanin, Niemiec, Amerykanin, Niemiec. Miller szedł na czele, Das w środku, kolejny sierżant z tyłu. Wiatr smagał ich po piersiach i szarpał linę, próbując rozerwać linę.
Oddychanie było bolesne. Przy temperaturze 15°C i porywach wiatru do 60 km/h, zimno przenikało przez płaszcze i kości. Żołnierze znali liczbę ofiar. Tej zimy ponad 11 000 amerykańskich żołnierzy w Europie doznało odmrożeń lub stopy okopowej. Zimno było wrogiem równie realnym, jak każdy niemiecki strzelec. Dwie z Niemek w ogóle nie mogły ustać na nogach. Miller przykucnął i pozwolił jednej z nich wdrapać się na plecy.
Była lekka, ważyła może 45 kilogramów, ale w głębokim śniegu czuła się dwa razy cięższa. Szeregowy Jenkins, zaledwie 19-letni, wziął inną kobietę w ten sam sposób. Jej ramiona bezwładnie spoczywały na jego szyi, palce zesztywniały w cienkich rękawiczkach. Anna szła z pomocą Diaza i innego żołnierza. Byliśmy jak dzieci między wysokimi ojcami, napisała później. Lina ciągnęła mnie w talii i nie widziałam własnych stóp. Kiedy spojrzałam w dół, śnieg zagłuszał dźwięk.
Głosy brzmiały płasko i głucho. Tylko wiatr miał czysty głos, przeciągły, wznoszący się wycie przez nagie drzewa i połamane słupki ogrodzeniowe. Czasami lina szarpała, gdy ktoś potykał się w zaspie. Buty zapadały się do kolan, a potem do ud. Każdy krok był walką. Nie widzieli już ciężarówek ani wioski za sobą.
Świat skurczył się do osoby przed nim, szarpnięcia liny i białej przestrzeni kolejnego kroku. Jenkins poślizgnął się pierwszy. Jego stopa trafiła na ukryty rów i upadł na jedno kolano, a jego więzień runął w śnieg obok niego. Przez kilka sekund obaj leżeli nieruchomo. Diaz poczuł, jak lina się rozluźnia, i krzyknął, a jego słowa porwał wiatr.
Miller się zatrzymał, a cała kolejka się zwarła. „Nie czuję rąk” – jęknął Jenkins, kiedy go podnieśli. Jego usta były blade, a oddech płytki. Diaz złapał go za brodę i spojrzał mu w oczy. „Czujesz je na tyle mocno, żeby narzekać” – odpowiedział sanitariusz. „To znaczy, że masz iść dalej”. Anna poczuła ciężar winy w piersi.
Chciałam powiedzieć temu młodemu mężczyźnie, żeby mnie zostawił, napisała. Byłam wrogiem. Czemu miałby zamarć dla mnie? Ale nie znałam słów po angielsku, tylko oczy. Paradoks był trafny. Ci ludzie byli szkoleni latami do zabijania Niemców. Niektórzy stracili przyjaciół w lesie Herkan, zaledwie kilkadziesiąt kilometrów stąd, gdzie zginęło lub zostało rannych 33 000 Amerykanów.
Teraz ci sami mężczyźni pochylili się i ostatkiem sił przenieśli Niemki przez burzę, która mogła je wszystkie zabić. Próbowali nadać rytm. 50 kroków, potem krótka przerwa, potem kolejne 50. Diaz sprawdzał palce i policzki za każdym razem, gdy się zatrzymywali, szukając szarej, zdrętwiałej skóry. Ból jest dobry, powiedział im. Jeśli boli, to znaczy, że wciąż żyje.
Jedna z kobiet zaczęła dryfować, jej kroki zwolniły, głowa opadła. Mamrotała coś po niemiecku, czego nikt nie rozumiał. Potem jej nogi po prostu się ugięły i zawisła na linie jak worek. Szeregowy za nią zaklął. „Nie damy rady unieść kolejnego, sierżancie” – krzyknął. „Jesteśmy u kresu sił”. Miller spojrzał w tył, przez wirujący śnieg.
Zobaczył młodą twarz, z niebieskimi ustami i przymkniętymi oczami. Pomyślał o swojej siostrze z Ohio, zaledwie o rok młodszej. „Nie zostawimy jej” – powiedział. „Robimy się na zmianę. Po 10 minut każdy. Odłóżcie plecaki, jeśli będziecie musieli”. Dwóch mężczyzn niechętnie zrzuciło plecaki. Jedzenie, zapasowe skarpety i dodatkowa amunicja posypały się na śnieg. Nieprzytomną kobietę z początku podniesiono niezgrabnie.
Potem pewniej przerzuconą przez ramię. Co 10 minut kolejny mężczyzna ją brał, zaciskając zęby i urywany oddech. Anna pamiętała ten moment. „Upuszczali swoje rzeczy”, napisała. My, ludzie, nie rozumieliśmy takiej hojności ze strony tych, o których mówiono nam, że są zwierzętami. Czas stracił znaczenie. Mogły minąć dwie albo cztery godziny.
Lina, wiatr, ciężar na plecach, pieczenie w nogach. To były jedyne środki, jakie pozostały. Niektórzy mężczyźni zaczęli dostrzegać na śniegu kształty, których tam nie było: ciemne bramy, rzędy drzew, światła, które znikały, gdy się zbliżali. W końcu Diaz, na wpół ślepy, z lodowatymi rzęsami, dostrzegł przed sobą słabą pomarańczową poświatę. Tym razem to nie był podstęp. Prawdziwe światło, stałe i niskie.
Tam, krzyknął: „Światło”. Nacierali w jego kierunku, lina się wyginała, lina napinała. W polu widzenia pojawił się mały kamienny dom. Okna zasłane kocami, obok duży płócienny namiot oznaczony czerwonym krzyżem, punkt opatrunkowy na końcu nowej linii. Z cieni dobiegały głosy. Mężczyźni wybiegali, chwytali linę, zdejmowali ciężar zdrętwiałych ciał z ramion Amerykanów.
Ciepłe powietrze pachnące jodą, potem i kawą wypłynęło, gdy otworzyły się drzwi domu. Miller zatoczył się do środka, wciąż z kobietą na plecach, i poczuł, jak gorąco uderza go w zmarzniętą twarz niczym policzek. Gdzieś za nim Anna przekroczyła próg i wpatrywała się w czyste prześcieradła i metalowe łóżka, bardziej zszokowana tym widokiem niż jakimkolwiek wybuchem pocisku, jaki kiedykolwiek widziała.
Ale to, co czekało ich w tym ciasnym, zatłoczonym punkcie pomocy, miało wystawić ich przekonania na próbę jeszcze bardziej niż burza. Wewnątrz domu żar otulał ich niczym koc. W kącie żarzył się wielki, żelazny piec. Mokra wełna parowała. W pokoju unosił się zapach kawy, jodu, potu i gotowanej kapusty. W porównaniu z białą burzą na zewnątrz, to miejsce wydawało się zupełnie innym światem.
Amerykańscy medycy działali szybko. Robili to już wielokrotnie. Mały punkt opatrunkowy, taki jak ten, z zaledwie 20 łóżkami, mógł udzielić pomocy 80–100 mężczyznom w ciągu ciężkiego dnia, a następnie wysłać większość do większych szpitali na tyłach. Teraz, oprócz własnych rannych, mieli do uratowania siedem na wpół zamarzniętych Niemek.
„Delikatnie zdejmijcie te buty” – rozkazał kapitan. Termometry wsunęły się pod język i do pach. „Normalna temperatura ciała to 37°”. Dwie kobiety miały 34°, jedna 32°, a poniżej tej temperatury serce mogło się zatrzymać bez ostrzeżenia. Rozcięły sztywne pończochy i trzymały szare, spuchnięte stopy w rękawiczkach. Niektóre palce u stóp były białe i twarde, zupełnie nieczułe.
Odmrożenie drugiego, może trzeciego stopnia, mruknął jeden z medyków. Widział to u amerykańskich stóp w Ardenach zaledwie kilka tygodni wcześniej. Kobiety czekały na brutalne traktowanie. Zamiast tego dostały koce, ciepłe napoje i ciche, stanowcze głosy. „Sącz, nie łykaj”, powiedziała Annie pielęgniarka powolnym angielskim, podsuwając jej kubek rzadkiej zupy do ust. „Za szybko się rozchorujesz”.
Zupa smakowała solą, tłuszczem i marchewką. Dla Anny smakowała jak życie. Później napisała: „Dali nam te same koce, co swoim synom, tę samą zupę. Widziałam, jak pielęgniarka przykrywa rannego Amerykanina, a potem przykrywa mnie kolejnym kocem z tej samej sterty. Ta identyczność złamała coś w moim sercu”. Paradoks był bolesny i wyraźny.
Przez lata niemieckie radio krzyczało, że Amerykanie są brutalni i chciwi, że będą głodować i zawstydzać niemieckich jeńców. A jednak tutaj amerykańskie dłonie sprawdzały puls, dzieliły się kawą i mówiły cicho, podczas gdy na zewnątrz bezlitośnie wyła burza. W jednym kącie metalowe półki ustawiono stosy racji żywnościowych. Standardowa amerykańska racja żywnościowa zapewniała wówczas od 3 do 500 kalorii dziennie.
Konserwy mięsne, herbatniki, czekolada, cukier. Niemieccy żołnierze pod koniec wojny często żyli na mniej niż 1/500 kalorii. Cienkie zupy, czarny chleb, czasami tylko ziemniaki. Jedna pielęgniarka, nie więcej niż 20 lat, wpatrywała się w półki szeroko otwartymi oczami. „Tyle jedzenia czeka?” wyszeptała po niemiecku. „Walczyliśmy z tak bogatym wrogiem.
Amerykanie byli wstrząśnięci w inny sposób. Gdy kryzys minął, Miller usiadł na skrzyni przy piecu, bez butów, z parującymi skarpetkami. Jenkins pocierał zdrętwiałe dłonie, wciąż czując widmowy ciężar kobiety, którą niósł. „Myślisz, że zrobiliby to samo dla nas?” – zapytał jeden z szeregowych. Jego głos był zmęczony, nie gorzki, bardziej przypominał pytanie niż skargę.
Diaz wzruszył ramionami. „Może, może nie” – powiedział. „Nieważne. Zrobiliśmy to, żeby móc spać spokojnie, a nie z powodu tego, co oni zrobią”. Miller słuchał, wpatrując się w podłogę. Lata później, jak powiedział w wywiadzie: „Nienawidziłem tego, co zrobiła niemiecka armia. Widziałem, jak nasi chłopcy wracali w kawałkach, ale niosąc te kobiety, przestałem widzieć Niemcy, a zacząłem widzieć twarze – to najtrudniejsza część wojny – pamiętać, że pod mundurem kryje się człowiek”.
W swoim dzienniku Anna próbowała uchwycić własne zmieszanie. Wierzyłam plakatom, filmom, przemówieniom. Wrogowie byli potworami. Ale mężczyzna, który wniósł mnie na ostatnie wzniesienie, trząsł się z zimna i wysiłku. Kiedy mnie postawił, uśmiechnął się lekko. Nie był to uśmiech tego, który się uśmiechał. To był zmęczony uśmiech człowieka, który zrobił coś trudnego i cieszy się, że to już za nim. Kobiety zostały na stacji przez kilka dni.
Ich stopy były owinięte miękkim opatrunkiem. Palce, które mogły sczernieć, zostały uratowane. Niektóre palce u nóg zostały utracone. Wszyscy zachowali życie. W nocy leżeli w czystych prześcieradłach i słuchali chrapania, kaszlu i snów amerykańskich żołnierzy w sąsiednim pokoju. Cienka ściana między nimi wydawała się dziwna, zważywszy na to, jak blisko śmierci była droga.
Wieść o marszu rozeszła się tylko nieznacznie. Wojna wciąż szalała. W tamtych tygodniach siły amerykańskie w Europie wzięły do niewoli dziesiątki tysięcy kolejnych niemieckich jeńców. Według doniesień siedem kobiet z Hildorfu stało się jedynie numerami w kolumnie „P”. Jednak na prywatnych stronach niemieckiego pamiętnika, w cichych wspomnieniach kilku amerykańskich żołnierzy, burzliwa noc pozostała ostra.
Minęło wiele lat, zanim ktokolwiek inny o tym usłyszał i zrozumiał, jak daleko sięgają jego echa. Po zakończeniu wojny w maju 1945 roku ludzie z tamtej nocy rozeszli się w różne strony. Amerykańscy żołnierze wracali ciężarówkami i statkami przez ocean. Niemieckie kobiety przechodziły przez zatłoczone punkty zbiorcze, długie kolejki, krzyczane imiona i brzęk manierek, zanim zostały wysłane do większych obozów P.
W sumie w 1945 roku ponad 7 milionów niemieckich żołnierzy poddało się zachodnim aliantom. Wśród nich było kilka tysięcy kobiet z jednostek łączności, załóg dział przeciwlotniczych i służb medycznych, które figurowały na dużych mapach w kwaterze głównej. Były one tylko częścią tych milionów, małymi linijkami w grubych raportach. Anna spędziła prawie rok w obozie prowadzonym przez Brytyjczyków. Spała w drewnianym baraku, który pachniał wilgotnymi deskami, dymem węglowym i tanim mydłem.
Dostawała około 2000 kalorii dziennie: chleb, margarynę, wodnisty gulasz, czasem dżem. To było więcej jedzenia niż widziała przez miesiące przed schwytaniem, ale znacznie mniej niż amerykańskie racje żywnościowe o wartości 3500 kalorii, które obserwowała, jak były wydawane jak rutynowe zapasy. Straciliśmy wszystko, napisała później. Nasze miasta, naszą dumę, naszą wiarę w zwycięstwo, ale w obozie straciłam też wiarę w to, że wróg jest potworem. Ta strata bolała, ale to był dobry ból.
Większość kobiet nie opowiadała o swoim czasie spędzonym w niewoli po powrocie do domu. W zrujnowanych niemieckich miastach ludzie chcieli usłyszeć historie o oporze, a nie o kapitulacji. Byli jeńcy wojenni często ukrywali swój status. Anna wyszła za mąż, wychowała dzieci w małym mieszkaniu, w którym zawsze pachniało gotowanymi ziemniakami i praniem, i odłożyła swój cienki pamiętnik na wysoką półkę.
W Ameryce Miller, Diaz i inni również starali się żyć normalnie. Dołączyli do milionów weteranów, którzy powrócili między 1945 a 1946 rokiem. W sumie ponad 8 milionów amerykańskich żołnierzy. Pracowali w fabrykach, studiowali na podstawie ustawy o GI Bill, uczyli w szkole, naprawiali samochody. Kiedy mówili o wojnie, mówili o wielkich bitwach. Ani jednej nocy w zamieci z siedmioma Niemkami.
Dopiero na starość niektórzy z nich zasiadali z magnetofonami i cierpliwymi przesłuchującymi. Emerytowany nauczyciel o nazwisku Miller, którego ręce były już pożółkłe od starości, opisał marsz. „Mieliśmy być zdobywcami” – powiedział szorstkim głosem, słysząc stare nagranie. „Ale tam na śniegu, niosąc te dziewczyny, czułem się bardziej jak uczeń. Uczyłem się, jakim człowiekiem chcę być.
Ten wers uchwycił główny paradoks. Przybyli jako zdobywcy. Wyjechali jako studenci. Dziesięciolecia później młody niemiecki uczony badający rolę kobiet w Vermuckt natknął się na pamiętnik Anny w rodzinnym pudełku. Papier pachniał kurzem i starym atramentem, a zaciśnięte pismo opowiadało o lekcjach propagandy, głodzie, strachu, a w końcu o amerykańskich siłach zbrojnych, które podniosły ją ze śniegu.
Po drugiej stronie oceanu, amerykańska studentka słuchała nagranych słów Millera w cichym archiwum, przy cichym szumie maszyny. Sprawdziła zapisy jego jednostki i znalazła krótką notatkę w raporcie z lutego 1945 roku. Eskortowano siedem kobiet z PS do punktu pomocy w ekstremalnych warunkach pogodowych. Wszystkie dowieziono żywe. Tylko jedna linijka wśród wielu stron z liczbami.
Liczby, pamiętnik, taśma. Te fragmenty układały się w klarowny obraz. Drobny gest, niemal stracony w potężnej wojnie, przekroczył granice i pokolenia. Dzieci Anny dorastały, słysząc, że Amerykanie uratowali stopy ich matce i jej życie. Wnuki Millera dowiedziały się, że ich dziadek kiedyś upuścił plecak w śnieg, żeby móc nieść wroga.
Ponieważ nas nosili, mogłam później nosić własne dzieci. Anna napisała do historyka krótko przed śmiercią. Tak miłosierdzie płynie przez czas. Jedna noc w śniegu zmienia wiele istnień. Narody się odbudowują. Wrogowie stają się partnerami handlowymi i sojusznikami. Niemcy Zachodnie, a później Zjednoczone Niemcy, stanęły u boku Stanów Zjednoczonych w nowych sojuszach. Główne przyczyny tego stanu rzeczy tkwią w polityce, pieniądzach i strategii.
Ale jest też cichszy powód, zapisany między wierszami – tysiące drobnych spotkań, w których ludzie decydowali się postępować humanitarnie, nawet gdy nie musieli. Ostatecznie lekcja płynąca z tego burzliwego marszu jest prosta, ale trudna. Prawdziwa siła tkwi nie tylko w broni, czołgach czy planach.
To właśnie w chwili, gdy zmęczony żołnierz postanawia nieść kogoś, o kim powiedziano mu, że nie jest wart ratowania. Z perspektywy historii, zamieć śnieżna w pobliżu Hildorf była tylko jedną nocą, w którą zaangażowanych było kilku żołnierzy i siedem kobiet. Ukazała jednak prawdę, którą często ukrywają głośne przemówienia i plakaty. Propaganda głosiła, że wrogowie nie są ludźmi. Rzeczywistość mówiła, że drżeli, potykali się i mieli nadzieję, tak jak wszyscy inni.
Ci Amerykanie mogli pójść łatwiejszą drogą i zostawić swoich więźniów na pastwę burzy. Zamiast tego wybrali trudniejszą drogę, krok po kroku przez lód i wiatr, aż do momentu, gdy czekało na nich ciepło i światło. Dzięki temu wyborowi życie toczyło się dalej, rodziny powstawały, a historie opowiadano po obu stronach oceanu.
Ostatecznie największa siła narodu nie leży wyłącznie w jego broni, ale także w jego woli pamiętania, że nawet wróg jest przecież człowiekiem.




